środa, 20 stycznia 2016

Rozdział 2

Obudziłam się po szesnastej. To normalne. Zawsze spałam do późnych godzin popołudniowych, a wyjście z ciepłego łóżka przed godziną przynajmniej jedenastą było spowodowane udziałem osób trzecich.
Dzisiaj na szczęście tak się nie stało. Usiadłam na kanapie, przetarłam twarz dłonią i zerknęłam w stronę kuchni, w której skupione było całe życie domu. Przeciągnęłam się, ułożyłam ręką potargane włosy i wyszłam na dwór, aby zapalić. To była pierwsza rzecz, jaką robiłam zaraz po przebudzeniu. Ewidentnie się od nich uzależniłam. To stało się zaraz po moim zerwaniu z Domem. Papierosy na początku koiły moje nerwy, a teraz stały się rutyną.
- Myślałem, że pojechałaś. - usłyszałam ulgę w głosie Briana - Od kiedy ty palisz?
- Od kilku miesięcy.
- Mia zrobiła ci kawę, czekamy w kuchni. - szybko skończył temat i wrócił do domu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam tam wracać. Czułam się trochę nieswojo, jakbym tam nie pasowała, chociaż jeszcze rok temu było to miejsce, z którego nie zamierzałam nigdy odchodzić.
Weszłam do domu, od razu kierując się w stronę kuchni. Nawet nie wiecie jak bardzo się ucieszyłam, kiedy w pomieszczeniu zastałam tylko Mię z małym.
- Hej Jack. - mały dopiero co nauczył się sam siedzieć. Uśmiechnęłam się do niego, a on odpowiedział mi tym samym. - Gdzie jest reszta, Mia?
- Wszyscy są w garażu. Chyba przygotowują samochody.
Kiwnęłam głową, biorąc do ręki kubek z gorącą kawą.
- Wiesz coś jeszcze na temat skoku? Za wyjątkiem mojego udziału.
- Dobrze wiesz, że nie mówią mi za wiele. Boją się, że nie puszczę Briana.
- Trochę cię rozumiem. Też panikowałam, kiedy Dom brał udział w jakimkolwiek wyścigu. Wiesz, niby wiedziałam, że jest świetnym kierowcą, ale mimo wszystko jakaś tam obawa była.
- Czyli już teraz się o niego nie martwisz?
- To już stara sprawa.
- Widzę, że wszystko wraca na swoje miejsce. - usłyszałam gdzieś z boku głos Briana - Już tylko czekać, aż znowu się do nas wprowadzisz.
- Mówiłam ci, że to jednorazowa akcja.
Spojrzał tylko na mnie z tym swoim uśmieszkiem i miną mówiącą "ta, jasne, jeszcze zobaczymy" i podszedł do lodówki, z której wyciągnął skrzydełka i kiełbasę.
- Grill? O tej porze?
- Reszta chce odreagować. Tej z Romem pojechali po napoje, Dom rozpala grilla. Wy zostałyście przydzielone do sekcji gastronomicznej - położył przede mną kilo kiełbasy - powodzenia.
Wyszedł z pomieszczenia zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować. Spojrzałam zdezorientowana na Mię, która już chciała zabrać sprzede mnie mięso, kiedy zatrzymałam jej poczynania podniesieniem dłoni.
- Dobra, daj nóż. Skoro jestem tu ostatni raz, mogę coś dla niego zrobić.
Kiedy byłam już w połowie przygotowywań, zadzwonił mój telefon a na telefonie pojawiło się imię mojej przyjaciółki.
- Sarah?
- Hej! Dzwonię, żeby upewnić się, że pamiętasz o moim dzisiejszym przyjęciu urodzinowym?
- Jasne, pamiętam. - oczywiście, że zapomniałam - Możesz mi przypomnieć, kiedy i o której godzinie?
- W klubie mojego ojca o dwudziestej.
- Będę. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i spojrzałam na zdezorientowaną Mię.
- Zapomniałam o urodzinach znajomej. Będę musiała was opuścić.
Kiwnęła głową, wracając do pracy. Nie miałam ochoty na żadne imprezy, ale obiecałam jej, że będę.
- Nie mam nawet w co się ubrać.
- Jeśli chcesz, to pożyczę ci coś swojego.
Poszłyśmy na górę do jej pokoju, a ona zaczęła obsypywać mnie gigantyczną ilością sukienek.
- Wolę coś czarnego. - jęknęłam, trzymając w ręce pastelową sukienkę w kwiaty.
Mia z żalem wyciągnęła z szafy czarną sukienkę z subtelnym wycięciem. Nie lubiła ciemnych rzeczy.
- Będzie idealna. - szepnęłam, szybko ją przytulając, po czym pobiegłam do łazienki i zaczęłam przygotowywać się do imprezy. Miałam nadzieję, że to będzie idealny wieczór.




~*~

Siedziałem z pozostałymi, kiedy niespodziewanie zadzwonił mój telefon, a na ekranie wyświetliło się imię Victorii. Nie wysyłała mi wiadomości od wielu miesięcy, co tu dopiero mówić o telefonowaniu. Wziąłem aparat w dłoń i odszedłem kawałek, chcąc otrzymać choć odrobinę prywatności.
- Victoria? - byłem szczerze zdziwiony. Może zepsuł jej się samochód?
- Dooom - usłyszałem jej głos, a raczej bełkot, mocno przygłuszony głośną muzyką - Dzwonię żeby podziękoować za nocleg.
- Nie masz za co dziękować.
Usłyszałem jej chichot. Muzyka trochę przycichła. Najpewniej wyszła z klubu.
- Szkoda, że nam nie wyszło, Dom. Moglibyśmy być świetną parą. Kupilibyśmy sobie psa, czy tam kota, ja wolę psy, są przyjazne nie to co te niewdzięczne sierściuchy.
- Vicki, gdzie jesteś? - zapytałem zaniepokojony. Była naprawdę mocno pijana, a to rzadko się zdarzało w jej przypadku. Wiedziała przecież, że ma słabą głowę.
- W klubie, przy Hill Street.
- Czekaj, zaraz tam będę.
Nie odpowiadając na pytania reszty, zabrałem z krzesła kurtkę i ruszyłem w stronę samochodu. Bałem się o nią. Może ktoś celowo ją upił i wyprowadził z klubu?
Bardzo szybko znalazłem się pod wyznaczonym adresem. Wyszedłem z samochodu, poszukując w tłumie Victorii, ale zgraja pijanych nastolatków bardzo mi to utrudniała.
W końcu ją dostrzegłem. Siedziała sama na krawężniku obok kosza na śmieci. Wyglądała naprawdę żałośnie w ubrudzonej sukience, wpadająca w krzaki, na których się oparła.
- Panno O'Conner.
Spojrzała na mnie mocno zamglonym wzrokiem, a po chwili na jej twarz wkradł się delikatny uśmiech. Zaraz jednak bardzo spoważniała.
- Ja nie chciałam się tak upić, przysięgam. Ktoś robił mi zbyt mocne drinki. I tak, wiem, to moja wina.
- Przecież nic nie powiedziałem.
- Ale chciałeś. Znam cię. - złapała się za ramiona, mocno pocierając o nie ręce. Dopiero wtedy zauważyłem, że nie ma na sobie żadnego okrycia. Zdjąłem swoją skórzaną kurtkę, którą zarzuciłem na jej ramiona.
Myślałem, że było jej zimno, ale ona ciągle szukała swojej kurtki. Po chwili wyciągnęła ją zza kosza, poszperała w kieszeniach i wyjęła paczkę papierosów. Odpaliła jednego i przyłożyła go do ust, ale już po wzięciu pierwszego bucha wyrwałem jej go z ręki i wraz z całą paczką rzuciłem przed siebie.
- Dom!
- Nie pal tego cholerstwa.
- Jestem dorosła. Mogę robić co chcę.
Oparła się o żywopłot, który pod jej ciężarem zaczął się zapadać, a brunetka wraz z nim.
 Przez chwilą rozmyślałem nad kilkoma wariantami przetransportowania jej do samochodu. Podniosłem ją do pionu, ale szybko zaczęła spadać na dół, więc najrozsądniejszym wyjściem okazało się wzięcie jej na ręce.
- Wyglądasz teraz jak bohater. - wybełkotała w moje ramie - a ja właściwie wyglądam jak nic. Posadziłem ją na miejscu dla pasażera i sam zająłem miejsce kierowcy.
- Mów, gdyby coś było nie tak.
Kiwnęła twierdząco głową, więc odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku domu. Specjalnie nie wjechałem do garażu tylko zaparkowałem przed domem. Nie będę jej dodatkowo kompromitował.
- Wytrzeźwiałaś trochę? - zaśmiałem się, otworzywszy drzwi samochodu.
Kiedy nie odpowiedziała, nachyliłem się nad nią i dopiero wtedy dostrzegłem, że zasnęła.
Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w kierunku domu. Była tak lekka, że wręcz nie odczuwałem jej ciężaru.
Na początku chciałem położyć ją w salonie, ale przypomniałem sobie o bardzo niewygodnej kanapie. Jutro zabije ją niezły kac, niech chociaż łóżko dostanie dobre.
Wniosłem ją do mojego pokoju i położyłem na łóżku. Zdjąłem ubrudzoną sukienkę i przykryłem kołdrą. Mamrotała coś pod nosem, ale nie zdołałem usłyszeć o czym dokładnie mówiła.
Wyciągnąłem z szafy stary materac, rozłożyłem go na podłodze pod oknem i zacząłem przeglądać dokumenty od Hobssa. Po jakichś może piętnastu minutach brunetka zaczęła rzucać się po łóżku i szybciej oddychać. Stanąłem nad nią, zaniepokojony jej nagłą zmianą.
- Vici?
- Ja niczego nie wiem. Pomyliliście mnie z kimś innym. - wyrzucała z siebie, a ja czułem się coraz bardziej zdezorientowany. Brian nie mówił, że wpadła w kłopoty. Chyba, że sam o niczym nie wiedział.
- Victoria, obudź się.
Otworzyła oczy, a jej oddech powoli się wyrównywał. Odniosłem jednak wrażenie, że ciągle była nieobecna. Złapała instynktownie moją rękę, jakby chciała sprawdzić, czy aby na pewno to nie był sen.
- Nie ma ich tutaj?
- Kogo?
- Ich. - jęknęła cicho, ponownie zamykając oczy.
- Spokojnie, jesteś tu bezpieczna. - po chwili ponownie zasnęła, na szczęście nie wracając już do potwornego koszmaru. Patrzyłem jeszcze przez chwilę i sprawdzałem, czy aby na pewno wszystko było w porządku.
Co się stało? Dlaczego my, a w szczególności Brian, o niczym nie wiedzieliśmy? Zapytam ją o to w niedalekiej przyszłości. Musi mi powiedzieć, co się wydarzyło i czy nie ma to związku z naszą paczką.

~*~

Nigdy w życiu nie czułam takiej suchości w ustach. Wysuszony do cna piasek na Saharze to nic w porównaniu z tym, przez co ja przechodziłam. Skuliłam się w kłębek, kiedy w mojej głowie zaczęły pracować głośne łomy. Nigdy w życiu nie miałam takiego kaca.
- Główka boli?
Spojrzałam przerażona na podłogę i ujrzałam Doma, czytającego jakieś kartki. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że byłam w jego pokoju!
- Co? - wyrzuciłam nieświadomie, próbując nadaremno przypomnieć sobie wydarzenia z poprzedniej nocy.
- Zadzwoniłaś do mnie, narąbana jak ruskie działo. - spojrzał na mnie przelotnie - Pojechałem cię pozbierać spod klubu.
Byłam tak cholernie zażenowana. Jeszcze sam fakt spania w jego pokoju i ciągania go nocą po Los Angeles bo szanowna Victoria O'Conner nie potrafi pić, były mocno przytłaczające.
- Czy my? - cała krew odpłynęła z mojej twarzy. - No wiesz, czy...
- Nie. Nie jestem nekrofilem. Wolę, kiedy dziewczyna pamięta spędzoną ze mną noc. - Odetchnęłam z ulgą, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Dlaczego właściwie nie zostawiłeś mnie na dole?
- Łatwiej mi było ułożyć twoje zwłoki na prostym materacu.
Zirytowana chciałam iść do łazienki, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem w samej bieliźnie.
- Chcesz mi powiedzieć, że jeszcze mnie rozbierałeś?!
- Ubrudziłaś sobie całą sukienkę. Zresztą, nie było pod nią niczego, czego wcześniej nie widziałem.
Zażenowanie i gniew rosły wraz ze słowami Dominica. Miałam ochotę go rozszarpać za te jego głupie docinki. Wiedziałam, że była to swego rodzaju reprymenda za wczoraj, ale, na litość boską, niech to wszystko już się skończy! Obudzenie się w jego pokoju było wystarczającym prawym sierpowym w twarz.
- Daj mi moją sukienkę. - warknęłam, stając na kolanach na łóżku, owinięta jedynie cienkim prześcieradłem.
W tym samym momencie drzwi do pokoju otworzyły się i stanęli w nich Mia z Romem.
- Dominic, dzwonił Hobbs i - zacięła się, spoglądając to na mnie to na Toretto.
To musiało wyglądać dwuznacznie. Materac Doma niedostępny dla oczu, bo ustawiony po drugiej stronie pokoju, on, ubrany tylko w dresowe spodnie, ja, z wyciągniętą ku niemu ręką, w samej bieliźnie, owinięta cienką pościelą - kto normalny by uwierzył, że to przez czysty przypadek obudziłam się prawie naga w sypialni mojego byłego faceta? I na koniec gwizdanie Roma i jego głupie uśmieszki.
- Nie chcieliśmy wam przeszkadzać, ale nie wiedzieliśmy, że ... - Mia nie potrafiła ubrać myśli w słowa. Czarnoskóremu w sumie też to nie wychodziło, ale jego hamowały napady niekontrolowanego śmiechu. - My, porozmawiamy przy śniadaniu.
Trzasnęła białymi drzwiami, a ja wiedziałam, że już wszystko stracone. Całe te aluzje, mówienie, że Dom już nic dla mnie nie znaczy, że nie zamierzamy do siebie wrócić - wszystko w ich oczach prysnęło niczym bańka mydlana.
- I oni będą wmawiać człowiekowi, że do siebie nie wrócili! - usłyszałam jeszcze głos Roma za drzwiami.
Opadłam zrezygnowana na poduszki, wciągając głośno powietrze. Myślałam, że zaraz eksploduje od środka. Nie dość, że niemiłosiernie bolała mnie głowa, to jeszcze to wszystko...


wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział 1

Ryk silników i swąd spalenizny roznosiły się w powietrzu. Kilkanaście aut poustawianych obok siebie, tworzące dwa, symetryczne łańcuchy po obu stronach drogi. Krzyki i śmiechy zebranych ludzi, pragnących wygrać obstawione w wyścigach stawki.
Tak, to bez wątpienia miejsce, które najbardziej kochałam.
Pierwszy wyścig. Nagły skok adrenaliny. Jako jedyna dziewczyn stanęłam przeciwko trójce bardzo pewnych siebie chłopaczków. Nie dostrzegłam nigdzie Dominica, Briana ani kogokolwiek z ich ekipy. Może zrezygnowali? Nie, to było prawie niemożliwe. Zawsze stawiali się na wyścigach, a ja konsekwentnie ich unikałam, zbierając kasę w innych rozgrywkach.
Wytapetowana blondynka w utlenionym blondzie stanęła naprzeciwko nas. Kolejne ryki samochodów sygnalizowały gotowość do jazdy. W końcu opuściła czerwoną chorągiewkę a samochody ruszyły w jej kierunku niczym wściekłe byki.
Trasa była prosta, mało skomplikowana i z optymalnie niskim ruchem. Znałam ją na pamięć. W końcu brałam udział w tym wyścigu nie pierwszy raz.


Pamiętam dokładnie każdą lekcję z Dominiciem, który udzielał mi najważniejszych wskazówek. Dzięki jego sugestiom w tamtym czasie udawało mi się wygrywać niemal każdy wyścig. Bezbłędnie rozszyfrowywał swoich przeciwników, wiedział, jak zareagują na jego jazdę i czy poradzą sobie z presją, czy też nie. Właśnie dlatego bardzo obawiałam się naszej konfrontacji. On znał mnie tak dobrze jak nikt inny.
Minęłam kolejny punkt kontrolny, powoli zbliżając się do mety. Dwa czarne samochody nieustannie trzymały się moich tyłów. Ani ja nie mogłam pozbyć się ich, ani oni wyminąć mnie.
Kiedy przejechałam przez srebrną wstęgę symbolizującą metę wyścigu, euforia ogarnęła moje ciało. Po wyjściu z samochodu zostałam otoczona przez tłum ludzi, którzy nieustannie klaskali i wiwatowali moje imię.
- Brawo. - usłyszałam głos wybijający się ponad wszystkimi innymi - Jestem po wielkim wrażeniem.
Chociaż wiedziałam, że się tu pojawi, bo sam mi to powiedział, to jednak miałam odrobinę nadziei, że jednak się nie pojawi. Cóż, w końcu nadzieja umiera jako ostatnia, czyż nie?
Odwróciłam się w stronę dobiegającego dźwięku i ujrzałam Dominica w towarzystwie Briana, Roma i Teja, wraz z ich charakterystycznymi samochodami.
- Zapraszamy do rywalizacji, panno O'Conner.


- Dopiero co skończyłam jedną jazdę, jestem trochę zmęczona.
- Pękasz, O'Conner?! Widzicie?! Mówiłem, że nie podejmie rękawicy Toretto!
Postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Musiałam się zgodzić. W innym wypadku moja reputacja ległaby w gruzach. 
- Podaj trasę. - rzuciłam lakonicznie, na co delikatnie się uśmiechnął.
- Ta, co zawsze.
Wsiadł do swojego samochodu, więc zrobiłam to samo. Podobnie jak pół godziny wcześniej ustawiłam się na białej linii, a przede mną pojawiła się ta sama, tleniona blondyna, wymachująca sztucznym tyłkiem przed maską Dominica.
Ruszyliśmy niemalże w tym samym momencie, pozostawiając za sobą dym i czarne ślady na asfalcie. Przemierzaliśmy oświetlone ulice Los Angeles, co chwilę mijając się z nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami. To jedna z najtrudniejszych tras w wyścigu. Nie dość, że kryje dużo pułapek i przesmyków, to jeszcze jazda odbywa się pod prąd na ulicy, o wysokim stopniu natężenia ruchu.
Kiedy w swoim lusterku zobaczyłam niebieskie światełka, ogarnęła mnie wściekłość.
- Cholera, gliny.
Zacisnęłam mocniej ręce na kierownicy i dodałam gazu. Wiedziałam w jakie miejsce się udać, ale obawiałam się tego, co tam spotkam.
Wyminęłam kilka samochodów, szybko skręcając w pobliską uliczkę. Radiowóz pojechał dalej i nawet nie zorientował się, że poszukiwany samochód zniknął z ich pola widzenia. Ta sztuczka zawsze działała i byłam zaskoczona, że za każdym razem dawali się na nią nabrać.
Podjechałam samochodem do mola, a samochód Doma już tam był. Wzięłam głęboki oddech po czym wyszłam z auta, opierając ciało o zimną blachę. Czekałam aż pojawi się reszta, ale nikt nie nadchodził. Wtedy dopiero dotarło do mnie, co właściwie się stało.
- Zrobiłeś to wszystko specjalnie. - wyszeptałam, z niedowierzaniem patrząc w jego brązowe tęczówki - To ty wezwałeś gliny. Wiedziałeś, że tutaj przyjadę!
- Oczywiście, że wiedziałem. Znam cię jak własną kieszeń. - nie dałam po sobie poznać jak bardzo zawstydził mnie tym twierdzeniem. Faktycznie, byłam dla niego niczym otwarta księga.
- Jak mniemam, miałeś w tym jakiś cel. 
- Potrzebujemy twojej pomocy. Chodzi o Letty.
- Naprawdę Dom? Żartujesz czy upadłeś na głowę? - zaśmiałam się gorzko, spoglądając na biały, mocno świecący księżyc - Nie chcę poruszać tematu twojej żony.
- Posłuchaj mnie przez chwilę. Po tym jak odeszłaś bez dania mi szansy na jakiekolwiek wyjaśnienia, znalazłem Letty i dowiedziałem się, że pracuje dla jednego z wrogich nam gangów. Nie pamięta niczego, co wydarzyło się przed wypadkiem - mnie, ciebie, Briana ani nikogo innego. Nie mogę pozwolić, aby człowiek z naszej rodziny został sam na pastwę tych ludzi. Chyba mnie rozumiesz?
- Jaki jest w tym mój udział?
- Masz smykałkę do interesów, łatwo manipulujesz ludźmi, no i całkiem dobrze jeździsz. 
- Jeden, jedyny raz. - jego twarz wyrażała ulgę i ... szczęście?
- Musisz teraz jechać ze mną. Reszta właśnie ustala plan działania.
Kiwnęłam twierdząco głową, po czym wsiadłam do samochodu i zaczęłam podążać za samochodem Dominica. Po mniej więcej dziesięciu minutach zorientowałam się dokąd jedziemy. 
Kretynko, przecież to było oczywiste, że ich kwaterą jest Dom Toretto. 
Zaparkowałam przed moim starym garażem, zgasiłam silnik i przez chwilę w kompletnej ciszy siedziałam w samochodzie. Dopiero, kiedy Dominic zastukał palcem wskazującym w moją szybę, wróciłam do żywych i wysiadłam z samochodu. Czułam na sobie jego spojrzenie.
Po przekroczeniu progu zauważyłam, że nagle wszystkie głosy ucichły. Weszłam do salonu, gdzie ujrzałam niedowierzanie na twarzy Teja i Roma oraz euforie bijącą od Mii. Podbiegłszy do mnie, zamknęła moje ciało w żelaznym uścisku, przez co omal nie zmiażdżyła żeber. 
- Dusisz mnie. - wyszeptałam, kiedy zaczynało brakować powietrza.
- Wiedziałem, że do siebie wrócicie! 
- Nikt do nikogo nie wrócił. - głos zabrał Dominic - Victoria pomoże nam z Letty.
Wtedy już szczęki chłopaków leżały na podłodze. Spodziewali się wszystkiego, nawet tego, że wróciłam do Dominica, ale nigdy w życiu by nie przypuszczali, że pomogę w odbiciu Letty.
- Dobra, co z tym planem? Niedługo muszę wracać do domu bo inaczej - spojrzałam na zegarek wskazujący drugą piętnaście - właściwie nie ma już o czym mówić. Możemy rozmawiać do rana.
Przeszedł mnie dreszcz na myśl o niewygodnych, samochodowych fotelach.
- Przecież wiesz, że możesz tutaj zostać do rana. Jesteś - zahamowała się. Chciała powiedzieć "rodziną", ale bała się mojej reakcji - współpracownikiem. To jasne, że nie wyrzucimy cię na bruk.
Usiadłam w fotelu a chłopaki zaczęli tłumaczyć mi cały plan. Nie był on mocno skomplikowany. Niektóre elementy wydawały się być abstrakcyjne, ale Dominic zapewniał, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Skończyliśmy nasze obrazy okrągłego stołu, kiedy na dworze zaczynało świtać. Przeciągnęłam się, ledwo utrzymując przytomność. Jeżeli nie zasnę w przeciągu pięciu minut, wpadnę twarzą w ten szklany stół.
Nagle mój film się urwał. Nie pamiętałam zbyt wiele. Przez moją pamięć przelatywał jedynie obraz salonu zanurzonego w szarości i obraz Dominica, pokrywającego moje ciało brązowym kocem.







piątek, 18 grudnia 2015

Prolog

Zatrzymałam się pod dobrze znanym mi domem, po czym zgasiłam silnik samochodu. Wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki i wyszłam na ciepłą, nagrzaną promieniami porannego słońca, płytę chodnikową.
Znudziło mnie uprzednie wydzwanianie do mojego brata, który nie raczył chociażby wysłać mi głupiego smsa z informacją, co tak ważnego stoi na przeszkodzie odebrania mojego połączenia.
Założyłam na nos ciemne okulary i za pomocą pilota zatrzasnęłam drzwi samochodu. Od razu udałam się w stronę garażu, bo byłam pewna, że właśnie tam znajduje się poszukiwana przeze mnie osoba. Brian cały czas, wręcz z obsesją, przyglądał się monotonnej pracy Dominica, który żył z naprawy zepsutych samochodów.
Cóż, przynajmniej taka była wersja oficjalna.
Tylko nieliczni wiedzieli o ciemnej stronie, która kryła szybkie samochody, nielegalne wyścigi i pościgi policyjne. Wszyscy z ich grona byli w to zamieszani. Każdy, którego Dominic nazywał "rodziną" - jego siostra Mia, dziewczyna Letty, Tej, Rom, Han i od jakiegoś czasu, mój starszy braciszek, Brian.
Nim zdążyłam dotrzeć do drzwi ogrodowych, przez otwarte okno krzyknęła do mnie Mia.
- Hej, Victoria! Szukasz Briana?
Nie mogłam uwierzyć, że na nią wpadłam. 
- W innym przypadku raczej by mnie tutaj nie było. - posłałam jej sarkastyczny uśmieszek, ale ona kompletnie go zignorowała. Skinieniem ręki nakazała mi wejście do domu, na co, niechętnie, musiałam się zgodzić.
W domu Torretów nie bywałam często, także bardzo zdziwił mnie brak jakiejkolwiek zmiany. Wszystko było takie samo, jak sprzed sześciu miesięcy, kiedy ostatni raz tutaj byłam. To sprawiło, że każde wspomnienie wróciło, w dodatku ze zdwojoną siłą.
- Leć do nich, idź jej szukać, przecież tylko tego pragniesz!
- Uspokój się.
Jego pieprzone opanowanie coraz bardziej wytrącało mnie z równowagi. Byliśmy kompletnymi przeciwieństwami, także to od samego początku skazane było na niepowodzenie. On, spokojny, opanowany, zawsze znajdujący wyjście z każdej, chociażby najtrudniejszej sytuacji i ja, roztrzepana, hałaśliwa, wybuchowa i zagubiona we własnym życiu.
- Jak mam się uspokoić, skoro wiem, do czego to wszystko zmierza?!
Wymachiwałam rękoma na wszystkie strony, strącając niefortunnie wazon z białymi różami, które jeszcze wczoraj od niego dostałam. Huk rozbijającego się szkła zniósł gwarę w pomieszczeniu obok, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się nam przeszkodzić. 
Dominic podszedłszy do mnie, złapał moje nadgarstki, zmykając je w żelaznym uścisku. Wiedziałam, że jakiekolwiek szarpaniny nie będą miały sensu. Ten koleś miał przynajmniej półtora metra w klatce. Ruch, jaki wykonałyby moje wiotkie mięśnie, nie zostałby nawet przez niego zauważony.
- Przestań.  
- Widziałam jak rozmawiałeś z Hobbsem, słyszałam, jak zgodziłeś się pomóc glinom w zamian za informację o Letty.
- To część naszej rodziny.
- I twoja żona. 
Ktoś z pokoju obok, najpewniej Mia, stłukła niezidentyfikowany przez nas szklany przedmiot. Nikt nie wiedział, że kilka dni przed wypadkiem Letica i Dominic wzięli ślub. Po tym wszystkim, co się później wydarzyło, nie miało to już żadnego znaczenia, ale teraz sytuacja uległa drastycznej zmianie. Ona żyła, a to przekreślało mój związek z Dominiciem. 
Wiedziałam, że ją kocha. Dobrze pamiętałam ich głęboką relację sprzed niespodziewanego odejścia Letty, kiedy Toretto był dla mnie jedynie irytującym przyjacielem starszego brata. 
I pewnie to najmocniej bolało. To, że kochałam go z całych sił i wcale nie chciałam zostawiać. Był kimś, komu oddałam całą siebie, osobą, na której opierałam swoje codzienne funkcjonowanie. No bo jak teraz przestać odwiedzać Mie, grzebać przy zepsutych samochodach z Brianem czy odmawiać modlitwę z nimi wszystkimi? No i najważniejsze. Jak nauczyć się żyć bez kogoś, kto spełnia w twoim życiu rolę powietrza?
Puścił mnie, a jego ciemne tęczówki nie spuszczały wzroku z moich. Chciałam być twarda, pokazać mu, że nie jestem słaba, ale wiedziałam, że jeżeli zaraz nie wyjdę, rozpłaczę się pośrodku tego cholernego holu. 
Wyminęłam go i wyszłam z domu. Nie próbował mnie już nawet zatrzymywać.
- Co z rodziną? - usłyszałam jego cichy głos, a po moich policzkach stoczyły się pierwsze łzy.
- Ona była z wami dłużej. Zachowujcie się, jakby nigdy mnie tutaj nie było.
- Hej, Victoria, wszystko dobrze?
- Tak. - otrząsnęłam się z transu - Gdzie jest Brian? Muszę z nim porozmawiać a kretyn nie odbiera moich telefonów.
Skrzywiła się, kiedy obraźliwe słowo wypłynęło z moich ust. W końcu była z Brianem, niezręcznie rozmawiać z kimś, kto obrażał twojego faceta.
- Przygotowuje grilla z Tomem, Tajem i Domem. Nie muszę mówić ci, gdzie dokładnie.
Mia wiedziała, dlaczego byłam tak bardzo opryskliwa. Odejście to bolesne przeżycie a świadomość, że w niedalekiej okolicy kręci się Letty doprowadzało mnie do szału.
- Zawołaj go. Proszę. Nie mów, że przyszłam.
- Nie możesz wiecznie przed nim uciekać.
- Jestem tutaj przez cholernie niefortunny los. Wcale nie przyjechałam z własnej woli.
Mia jedynie głośno westchnęła i ruszyła w kierunku okna wychodzącego na ogród. Zawołała Briana, nie odpowiadając na jego pytania, po czym wyminęła mnie w drzwiach i ruszyła na górę.
Chwilę później w pomieszczeniu pojawił się mój brat, którego widok młodszej siostry niebywale zaskoczył.
- Victoria?
- Zachowujesz się, jakbyś widział mnie pierwszy raz w życiu.
- Cóż, tak się trochę czuję.
- Ojciec jest ciekaw, kiedy w końcu zajrzysz do domu. Jak wiesz, źle znosi nasze wybryki. - kompletnie zignorowałam jego ironiczną wypowiedź. Nie miałam ochoty się w to bawić. Musiałam jak najszybciej stamtąd zniknąć.
- Mam tutaj kobietę i dziecko, nie oczekuj, że będę się często pojawiał.
- Ja tego nie oczekuję.
- I tylko po to tutaj przyjechałaś?
- Nie miałam ochoty na kolejne kłótnie z moim żywicielem, co mogłoby skutkować ewentualnym wylądowaniem na bruku. Wiem, że jest lato, ale jednak nocą trochę chłodzi.
Brian nie zdążył odpowiedzieć, kiedy drzwi ogrodowe otworzyły się i stanął w nich nie nikt inny jak właściciel domu.
Dominic zmierzył mnie swoim czujnym spojrzeniem, a ja od razu spuściłam głowę, nie mogąc tego znieść.



 Już chciałam zerwać się do wyjścia, kiedy niespodziewanie zabrał głos.
-  Pojawisz się na dzisiejszym wyścigu?
- A czy kiedykolwiek jakiś opuściłam?
- Lepiej, żebyś się nie pojawiła. Szkoda twojego samochodu.
- Nie masz ze mną najmniejszych szans, Toretto. - odparłam oschle, udając się w stronę drzwi i opuszczają mocno przytłaczającą posesję.

Obserwatorzy