wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział 1

Ryk silników i swąd spalenizny roznosiły się w powietrzu. Kilkanaście aut poustawianych obok siebie, tworzące dwa, symetryczne łańcuchy po obu stronach drogi. Krzyki i śmiechy zebranych ludzi, pragnących wygrać obstawione w wyścigach stawki.
Tak, to bez wątpienia miejsce, które najbardziej kochałam.
Pierwszy wyścig. Nagły skok adrenaliny. Jako jedyna dziewczyn stanęłam przeciwko trójce bardzo pewnych siebie chłopaczków. Nie dostrzegłam nigdzie Dominica, Briana ani kogokolwiek z ich ekipy. Może zrezygnowali? Nie, to było prawie niemożliwe. Zawsze stawiali się na wyścigach, a ja konsekwentnie ich unikałam, zbierając kasę w innych rozgrywkach.
Wytapetowana blondynka w utlenionym blondzie stanęła naprzeciwko nas. Kolejne ryki samochodów sygnalizowały gotowość do jazdy. W końcu opuściła czerwoną chorągiewkę a samochody ruszyły w jej kierunku niczym wściekłe byki.
Trasa była prosta, mało skomplikowana i z optymalnie niskim ruchem. Znałam ją na pamięć. W końcu brałam udział w tym wyścigu nie pierwszy raz.


Pamiętam dokładnie każdą lekcję z Dominiciem, który udzielał mi najważniejszych wskazówek. Dzięki jego sugestiom w tamtym czasie udawało mi się wygrywać niemal każdy wyścig. Bezbłędnie rozszyfrowywał swoich przeciwników, wiedział, jak zareagują na jego jazdę i czy poradzą sobie z presją, czy też nie. Właśnie dlatego bardzo obawiałam się naszej konfrontacji. On znał mnie tak dobrze jak nikt inny.
Minęłam kolejny punkt kontrolny, powoli zbliżając się do mety. Dwa czarne samochody nieustannie trzymały się moich tyłów. Ani ja nie mogłam pozbyć się ich, ani oni wyminąć mnie.
Kiedy przejechałam przez srebrną wstęgę symbolizującą metę wyścigu, euforia ogarnęła moje ciało. Po wyjściu z samochodu zostałam otoczona przez tłum ludzi, którzy nieustannie klaskali i wiwatowali moje imię.
- Brawo. - usłyszałam głos wybijający się ponad wszystkimi innymi - Jestem po wielkim wrażeniem.
Chociaż wiedziałam, że się tu pojawi, bo sam mi to powiedział, to jednak miałam odrobinę nadziei, że jednak się nie pojawi. Cóż, w końcu nadzieja umiera jako ostatnia, czyż nie?
Odwróciłam się w stronę dobiegającego dźwięku i ujrzałam Dominica w towarzystwie Briana, Roma i Teja, wraz z ich charakterystycznymi samochodami.
- Zapraszamy do rywalizacji, panno O'Conner.


- Dopiero co skończyłam jedną jazdę, jestem trochę zmęczona.
- Pękasz, O'Conner?! Widzicie?! Mówiłem, że nie podejmie rękawicy Toretto!
Postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Musiałam się zgodzić. W innym wypadku moja reputacja ległaby w gruzach. 
- Podaj trasę. - rzuciłam lakonicznie, na co delikatnie się uśmiechnął.
- Ta, co zawsze.
Wsiadł do swojego samochodu, więc zrobiłam to samo. Podobnie jak pół godziny wcześniej ustawiłam się na białej linii, a przede mną pojawiła się ta sama, tleniona blondyna, wymachująca sztucznym tyłkiem przed maską Dominica.
Ruszyliśmy niemalże w tym samym momencie, pozostawiając za sobą dym i czarne ślady na asfalcie. Przemierzaliśmy oświetlone ulice Los Angeles, co chwilę mijając się z nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami. To jedna z najtrudniejszych tras w wyścigu. Nie dość, że kryje dużo pułapek i przesmyków, to jeszcze jazda odbywa się pod prąd na ulicy, o wysokim stopniu natężenia ruchu.
Kiedy w swoim lusterku zobaczyłam niebieskie światełka, ogarnęła mnie wściekłość.
- Cholera, gliny.
Zacisnęłam mocniej ręce na kierownicy i dodałam gazu. Wiedziałam w jakie miejsce się udać, ale obawiałam się tego, co tam spotkam.
Wyminęłam kilka samochodów, szybko skręcając w pobliską uliczkę. Radiowóz pojechał dalej i nawet nie zorientował się, że poszukiwany samochód zniknął z ich pola widzenia. Ta sztuczka zawsze działała i byłam zaskoczona, że za każdym razem dawali się na nią nabrać.
Podjechałam samochodem do mola, a samochód Doma już tam był. Wzięłam głęboki oddech po czym wyszłam z auta, opierając ciało o zimną blachę. Czekałam aż pojawi się reszta, ale nikt nie nadchodził. Wtedy dopiero dotarło do mnie, co właściwie się stało.
- Zrobiłeś to wszystko specjalnie. - wyszeptałam, z niedowierzaniem patrząc w jego brązowe tęczówki - To ty wezwałeś gliny. Wiedziałeś, że tutaj przyjadę!
- Oczywiście, że wiedziałem. Znam cię jak własną kieszeń. - nie dałam po sobie poznać jak bardzo zawstydził mnie tym twierdzeniem. Faktycznie, byłam dla niego niczym otwarta księga.
- Jak mniemam, miałeś w tym jakiś cel. 
- Potrzebujemy twojej pomocy. Chodzi o Letty.
- Naprawdę Dom? Żartujesz czy upadłeś na głowę? - zaśmiałam się gorzko, spoglądając na biały, mocno świecący księżyc - Nie chcę poruszać tematu twojej żony.
- Posłuchaj mnie przez chwilę. Po tym jak odeszłaś bez dania mi szansy na jakiekolwiek wyjaśnienia, znalazłem Letty i dowiedziałem się, że pracuje dla jednego z wrogich nam gangów. Nie pamięta niczego, co wydarzyło się przed wypadkiem - mnie, ciebie, Briana ani nikogo innego. Nie mogę pozwolić, aby człowiek z naszej rodziny został sam na pastwę tych ludzi. Chyba mnie rozumiesz?
- Jaki jest w tym mój udział?
- Masz smykałkę do interesów, łatwo manipulujesz ludźmi, no i całkiem dobrze jeździsz. 
- Jeden, jedyny raz. - jego twarz wyrażała ulgę i ... szczęście?
- Musisz teraz jechać ze mną. Reszta właśnie ustala plan działania.
Kiwnęłam twierdząco głową, po czym wsiadłam do samochodu i zaczęłam podążać za samochodem Dominica. Po mniej więcej dziesięciu minutach zorientowałam się dokąd jedziemy. 
Kretynko, przecież to było oczywiste, że ich kwaterą jest Dom Toretto. 
Zaparkowałam przed moim starym garażem, zgasiłam silnik i przez chwilę w kompletnej ciszy siedziałam w samochodzie. Dopiero, kiedy Dominic zastukał palcem wskazującym w moją szybę, wróciłam do żywych i wysiadłam z samochodu. Czułam na sobie jego spojrzenie.
Po przekroczeniu progu zauważyłam, że nagle wszystkie głosy ucichły. Weszłam do salonu, gdzie ujrzałam niedowierzanie na twarzy Teja i Roma oraz euforie bijącą od Mii. Podbiegłszy do mnie, zamknęła moje ciało w żelaznym uścisku, przez co omal nie zmiażdżyła żeber. 
- Dusisz mnie. - wyszeptałam, kiedy zaczynało brakować powietrza.
- Wiedziałem, że do siebie wrócicie! 
- Nikt do nikogo nie wrócił. - głos zabrał Dominic - Victoria pomoże nam z Letty.
Wtedy już szczęki chłopaków leżały na podłodze. Spodziewali się wszystkiego, nawet tego, że wróciłam do Dominica, ale nigdy w życiu by nie przypuszczali, że pomogę w odbiciu Letty.
- Dobra, co z tym planem? Niedługo muszę wracać do domu bo inaczej - spojrzałam na zegarek wskazujący drugą piętnaście - właściwie nie ma już o czym mówić. Możemy rozmawiać do rana.
Przeszedł mnie dreszcz na myśl o niewygodnych, samochodowych fotelach.
- Przecież wiesz, że możesz tutaj zostać do rana. Jesteś - zahamowała się. Chciała powiedzieć "rodziną", ale bała się mojej reakcji - współpracownikiem. To jasne, że nie wyrzucimy cię na bruk.
Usiadłam w fotelu a chłopaki zaczęli tłumaczyć mi cały plan. Nie był on mocno skomplikowany. Niektóre elementy wydawały się być abstrakcyjne, ale Dominic zapewniał, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Skończyliśmy nasze obrazy okrągłego stołu, kiedy na dworze zaczynało świtać. Przeciągnęłam się, ledwo utrzymując przytomność. Jeżeli nie zasnę w przeciągu pięciu minut, wpadnę twarzą w ten szklany stół.
Nagle mój film się urwał. Nie pamiętałam zbyt wiele. Przez moją pamięć przelatywał jedynie obraz salonu zanurzonego w szarości i obraz Dominica, pokrywającego moje ciało brązowym kocem.







piątek, 18 grudnia 2015

Prolog

Zatrzymałam się pod dobrze znanym mi domem, po czym zgasiłam silnik samochodu. Wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki i wyszłam na ciepłą, nagrzaną promieniami porannego słońca, płytę chodnikową.
Znudziło mnie uprzednie wydzwanianie do mojego brata, który nie raczył chociażby wysłać mi głupiego smsa z informacją, co tak ważnego stoi na przeszkodzie odebrania mojego połączenia.
Założyłam na nos ciemne okulary i za pomocą pilota zatrzasnęłam drzwi samochodu. Od razu udałam się w stronę garażu, bo byłam pewna, że właśnie tam znajduje się poszukiwana przeze mnie osoba. Brian cały czas, wręcz z obsesją, przyglądał się monotonnej pracy Dominica, który żył z naprawy zepsutych samochodów.
Cóż, przynajmniej taka była wersja oficjalna.
Tylko nieliczni wiedzieli o ciemnej stronie, która kryła szybkie samochody, nielegalne wyścigi i pościgi policyjne. Wszyscy z ich grona byli w to zamieszani. Każdy, którego Dominic nazywał "rodziną" - jego siostra Mia, dziewczyna Letty, Tej, Rom, Han i od jakiegoś czasu, mój starszy braciszek, Brian.
Nim zdążyłam dotrzeć do drzwi ogrodowych, przez otwarte okno krzyknęła do mnie Mia.
- Hej, Victoria! Szukasz Briana?
Nie mogłam uwierzyć, że na nią wpadłam. 
- W innym przypadku raczej by mnie tutaj nie było. - posłałam jej sarkastyczny uśmieszek, ale ona kompletnie go zignorowała. Skinieniem ręki nakazała mi wejście do domu, na co, niechętnie, musiałam się zgodzić.
W domu Torretów nie bywałam często, także bardzo zdziwił mnie brak jakiejkolwiek zmiany. Wszystko było takie samo, jak sprzed sześciu miesięcy, kiedy ostatni raz tutaj byłam. To sprawiło, że każde wspomnienie wróciło, w dodatku ze zdwojoną siłą.
- Leć do nich, idź jej szukać, przecież tylko tego pragniesz!
- Uspokój się.
Jego pieprzone opanowanie coraz bardziej wytrącało mnie z równowagi. Byliśmy kompletnymi przeciwieństwami, także to od samego początku skazane było na niepowodzenie. On, spokojny, opanowany, zawsze znajdujący wyjście z każdej, chociażby najtrudniejszej sytuacji i ja, roztrzepana, hałaśliwa, wybuchowa i zagubiona we własnym życiu.
- Jak mam się uspokoić, skoro wiem, do czego to wszystko zmierza?!
Wymachiwałam rękoma na wszystkie strony, strącając niefortunnie wazon z białymi różami, które jeszcze wczoraj od niego dostałam. Huk rozbijającego się szkła zniósł gwarę w pomieszczeniu obok, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się nam przeszkodzić. 
Dominic podszedłszy do mnie, złapał moje nadgarstki, zmykając je w żelaznym uścisku. Wiedziałam, że jakiekolwiek szarpaniny nie będą miały sensu. Ten koleś miał przynajmniej półtora metra w klatce. Ruch, jaki wykonałyby moje wiotkie mięśnie, nie zostałby nawet przez niego zauważony.
- Przestań.  
- Widziałam jak rozmawiałeś z Hobbsem, słyszałam, jak zgodziłeś się pomóc glinom w zamian za informację o Letty.
- To część naszej rodziny.
- I twoja żona. 
Ktoś z pokoju obok, najpewniej Mia, stłukła niezidentyfikowany przez nas szklany przedmiot. Nikt nie wiedział, że kilka dni przed wypadkiem Letica i Dominic wzięli ślub. Po tym wszystkim, co się później wydarzyło, nie miało to już żadnego znaczenia, ale teraz sytuacja uległa drastycznej zmianie. Ona żyła, a to przekreślało mój związek z Dominiciem. 
Wiedziałam, że ją kocha. Dobrze pamiętałam ich głęboką relację sprzed niespodziewanego odejścia Letty, kiedy Toretto był dla mnie jedynie irytującym przyjacielem starszego brata. 
I pewnie to najmocniej bolało. To, że kochałam go z całych sił i wcale nie chciałam zostawiać. Był kimś, komu oddałam całą siebie, osobą, na której opierałam swoje codzienne funkcjonowanie. No bo jak teraz przestać odwiedzać Mie, grzebać przy zepsutych samochodach z Brianem czy odmawiać modlitwę z nimi wszystkimi? No i najważniejsze. Jak nauczyć się żyć bez kogoś, kto spełnia w twoim życiu rolę powietrza?
Puścił mnie, a jego ciemne tęczówki nie spuszczały wzroku z moich. Chciałam być twarda, pokazać mu, że nie jestem słaba, ale wiedziałam, że jeżeli zaraz nie wyjdę, rozpłaczę się pośrodku tego cholernego holu. 
Wyminęłam go i wyszłam z domu. Nie próbował mnie już nawet zatrzymywać.
- Co z rodziną? - usłyszałam jego cichy głos, a po moich policzkach stoczyły się pierwsze łzy.
- Ona była z wami dłużej. Zachowujcie się, jakby nigdy mnie tutaj nie było.
- Hej, Victoria, wszystko dobrze?
- Tak. - otrząsnęłam się z transu - Gdzie jest Brian? Muszę z nim porozmawiać a kretyn nie odbiera moich telefonów.
Skrzywiła się, kiedy obraźliwe słowo wypłynęło z moich ust. W końcu była z Brianem, niezręcznie rozmawiać z kimś, kto obrażał twojego faceta.
- Przygotowuje grilla z Tomem, Tajem i Domem. Nie muszę mówić ci, gdzie dokładnie.
Mia wiedziała, dlaczego byłam tak bardzo opryskliwa. Odejście to bolesne przeżycie a świadomość, że w niedalekiej okolicy kręci się Letty doprowadzało mnie do szału.
- Zawołaj go. Proszę. Nie mów, że przyszłam.
- Nie możesz wiecznie przed nim uciekać.
- Jestem tutaj przez cholernie niefortunny los. Wcale nie przyjechałam z własnej woli.
Mia jedynie głośno westchnęła i ruszyła w kierunku okna wychodzącego na ogród. Zawołała Briana, nie odpowiadając na jego pytania, po czym wyminęła mnie w drzwiach i ruszyła na górę.
Chwilę później w pomieszczeniu pojawił się mój brat, którego widok młodszej siostry niebywale zaskoczył.
- Victoria?
- Zachowujesz się, jakbyś widział mnie pierwszy raz w życiu.
- Cóż, tak się trochę czuję.
- Ojciec jest ciekaw, kiedy w końcu zajrzysz do domu. Jak wiesz, źle znosi nasze wybryki. - kompletnie zignorowałam jego ironiczną wypowiedź. Nie miałam ochoty się w to bawić. Musiałam jak najszybciej stamtąd zniknąć.
- Mam tutaj kobietę i dziecko, nie oczekuj, że będę się często pojawiał.
- Ja tego nie oczekuję.
- I tylko po to tutaj przyjechałaś?
- Nie miałam ochoty na kolejne kłótnie z moim żywicielem, co mogłoby skutkować ewentualnym wylądowaniem na bruku. Wiem, że jest lato, ale jednak nocą trochę chłodzi.
Brian nie zdążył odpowiedzieć, kiedy drzwi ogrodowe otworzyły się i stanął w nich nie nikt inny jak właściciel domu.
Dominic zmierzył mnie swoim czujnym spojrzeniem, a ja od razu spuściłam głowę, nie mogąc tego znieść.



 Już chciałam zerwać się do wyjścia, kiedy niespodziewanie zabrał głos.
-  Pojawisz się na dzisiejszym wyścigu?
- A czy kiedykolwiek jakiś opuściłam?
- Lepiej, żebyś się nie pojawiła. Szkoda twojego samochodu.
- Nie masz ze mną najmniejszych szans, Toretto. - odparłam oschle, udając się w stronę drzwi i opuszczają mocno przytłaczającą posesję.

Obserwatorzy