Tak, to bez wątpienia miejsce, które najbardziej kochałam.
Pierwszy wyścig. Nagły skok adrenaliny. Jako jedyna dziewczyn stanęłam przeciwko trójce bardzo pewnych siebie chłopaczków. Nie dostrzegłam nigdzie Dominica, Briana ani kogokolwiek z ich ekipy. Może zrezygnowali? Nie, to było prawie niemożliwe. Zawsze stawiali się na wyścigach, a ja konsekwentnie ich unikałam, zbierając kasę w innych rozgrywkach.
Wytapetowana blondynka w utlenionym blondzie stanęła naprzeciwko nas. Kolejne ryki samochodów sygnalizowały gotowość do jazdy. W końcu opuściła czerwoną chorągiewkę a samochody ruszyły w jej kierunku niczym wściekłe byki.
Trasa była prosta, mało skomplikowana i z optymalnie niskim ruchem. Znałam ją na pamięć. W końcu brałam udział w tym wyścigu nie pierwszy raz.
Pamiętam dokładnie każdą lekcję z Dominiciem, który udzielał mi najważniejszych wskazówek. Dzięki jego sugestiom w tamtym czasie udawało mi się wygrywać niemal każdy wyścig. Bezbłędnie rozszyfrowywał swoich przeciwników, wiedział, jak zareagują na jego jazdę i czy poradzą sobie z presją, czy też nie. Właśnie dlatego bardzo obawiałam się naszej konfrontacji. On znał mnie tak dobrze jak nikt inny.
Minęłam kolejny punkt kontrolny, powoli zbliżając się do mety. Dwa czarne samochody nieustannie trzymały się moich tyłów. Ani ja nie mogłam pozbyć się ich, ani oni wyminąć mnie.
Kiedy przejechałam przez srebrną wstęgę symbolizującą metę wyścigu, euforia ogarnęła moje ciało. Po wyjściu z samochodu zostałam otoczona przez tłum ludzi, którzy nieustannie klaskali i wiwatowali moje imię.
- Brawo. - usłyszałam głos wybijający się ponad wszystkimi innymi - Jestem po wielkim wrażeniem.
Chociaż wiedziałam, że się tu pojawi, bo sam mi to powiedział, to jednak miałam odrobinę nadziei, że jednak się nie pojawi. Cóż, w końcu nadzieja umiera jako ostatnia, czyż nie?
Odwróciłam się w stronę dobiegającego dźwięku i ujrzałam Dominica w towarzystwie Briana, Roma i Teja, wraz z ich charakterystycznymi samochodami.
- Zapraszamy do rywalizacji, panno O'Conner.
- Dopiero co skończyłam jedną jazdę, jestem trochę zmęczona.
- Pękasz, O'Conner?! Widzicie?! Mówiłem, że nie podejmie rękawicy Toretto!
Postawił mnie w sytuacji bez wyjścia. Musiałam się zgodzić. W innym wypadku moja reputacja ległaby w gruzach.
- Podaj trasę. - rzuciłam lakonicznie, na co delikatnie się uśmiechnął.
- Ta, co zawsze.
Wsiadł do swojego samochodu, więc zrobiłam to samo. Podobnie jak pół godziny wcześniej ustawiłam się na białej linii, a przede mną pojawiła się ta sama, tleniona blondyna, wymachująca sztucznym tyłkiem przed maską Dominica.
Ruszyliśmy niemalże w tym samym momencie, pozostawiając za sobą dym i czarne ślady na asfalcie. Przemierzaliśmy oświetlone ulice Los Angeles, co chwilę mijając się z nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami. To jedna z najtrudniejszych tras w wyścigu. Nie dość, że kryje dużo pułapek i przesmyków, to jeszcze jazda odbywa się pod prąd na ulicy, o wysokim stopniu natężenia ruchu.
Kiedy w swoim lusterku zobaczyłam niebieskie światełka, ogarnęła mnie wściekłość.
- Cholera, gliny.
Zacisnęłam mocniej ręce na kierownicy i dodałam gazu. Wiedziałam w jakie miejsce się udać, ale obawiałam się tego, co tam spotkam.
Wyminęłam kilka samochodów, szybko skręcając w pobliską uliczkę. Radiowóz pojechał dalej i nawet nie zorientował się, że poszukiwany samochód zniknął z ich pola widzenia. Ta sztuczka zawsze działała i byłam zaskoczona, że za każdym razem dawali się na nią nabrać.
Podjechałam samochodem do mola, a samochód Doma już tam był. Wzięłam głęboki oddech po czym wyszłam z auta, opierając ciało o zimną blachę. Czekałam aż pojawi się reszta, ale nikt nie nadchodził. Wtedy dopiero dotarło do mnie, co właściwie się stało.
- Zrobiłeś to wszystko specjalnie. - wyszeptałam, z niedowierzaniem patrząc w jego brązowe tęczówki - To ty wezwałeś gliny. Wiedziałeś, że tutaj przyjadę!
- Oczywiście, że wiedziałem. Znam cię jak własną kieszeń. - nie dałam po sobie poznać jak bardzo zawstydził mnie tym twierdzeniem. Faktycznie, byłam dla niego niczym otwarta księga.
- Jak mniemam, miałeś w tym jakiś cel.
- Potrzebujemy twojej pomocy. Chodzi o Letty.
- Naprawdę Dom? Żartujesz czy upadłeś na głowę? - zaśmiałam się gorzko, spoglądając na biały, mocno świecący księżyc - Nie chcę poruszać tematu twojej żony.
- Posłuchaj mnie przez chwilę. Po tym jak odeszłaś bez dania mi szansy na jakiekolwiek wyjaśnienia, znalazłem Letty i dowiedziałem się, że pracuje dla jednego z wrogich nam gangów. Nie pamięta niczego, co wydarzyło się przed wypadkiem - mnie, ciebie, Briana ani nikogo innego. Nie mogę pozwolić, aby człowiek z naszej rodziny został sam na pastwę tych ludzi. Chyba mnie rozumiesz?
- Jaki jest w tym mój udział?
- Masz smykałkę do interesów, łatwo manipulujesz ludźmi, no i całkiem dobrze jeździsz.
- Jeden, jedyny raz. - jego twarz wyrażała ulgę i ... szczęście?
- Musisz teraz jechać ze mną. Reszta właśnie ustala plan działania.
Kiwnęłam twierdząco głową, po czym wsiadłam do samochodu i zaczęłam podążać za samochodem Dominica. Po mniej więcej dziesięciu minutach zorientowałam się dokąd jedziemy.
Kretynko, przecież to było oczywiste, że ich kwaterą jest Dom Toretto.
Zaparkowałam przed moim starym garażem, zgasiłam silnik i przez chwilę w kompletnej ciszy siedziałam w samochodzie. Dopiero, kiedy Dominic zastukał palcem wskazującym w moją szybę, wróciłam do żywych i wysiadłam z samochodu. Czułam na sobie jego spojrzenie.
Po przekroczeniu progu zauważyłam, że nagle wszystkie głosy ucichły. Weszłam do salonu, gdzie ujrzałam niedowierzanie na twarzy Teja i Roma oraz euforie bijącą od Mii. Podbiegłszy do mnie, zamknęła moje ciało w żelaznym uścisku, przez co omal nie zmiażdżyła żeber.
- Dusisz mnie. - wyszeptałam, kiedy zaczynało brakować powietrza.
- Wiedziałem, że do siebie wrócicie!
- Nikt do nikogo nie wrócił. - głos zabrał Dominic - Victoria pomoże nam z Letty.
Wtedy już szczęki chłopaków leżały na podłodze. Spodziewali się wszystkiego, nawet tego, że wróciłam do Dominica, ale nigdy w życiu by nie przypuszczali, że pomogę w odbiciu Letty.
- Dobra, co z tym planem? Niedługo muszę wracać do domu bo inaczej - spojrzałam na zegarek wskazujący drugą piętnaście - właściwie nie ma już o czym mówić. Możemy rozmawiać do rana.
Przeszedł mnie dreszcz na myśl o niewygodnych, samochodowych fotelach.
- Przecież wiesz, że możesz tutaj zostać do rana. Jesteś - zahamowała się. Chciała powiedzieć "rodziną", ale bała się mojej reakcji - współpracownikiem. To jasne, że nie wyrzucimy cię na bruk.
Usiadłam w fotelu a chłopaki zaczęli tłumaczyć mi cały plan. Nie był on mocno skomplikowany. Niektóre elementy wydawały się być abstrakcyjne, ale Dominic zapewniał, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Skończyliśmy nasze obrazy okrągłego stołu, kiedy na dworze zaczynało świtać. Przeciągnęłam się, ledwo utrzymując przytomność. Jeżeli nie zasnę w przeciągu pięciu minut, wpadnę twarzą w ten szklany stół.
Nagle mój film się urwał. Nie pamiętałam zbyt wiele. Przez moją pamięć przelatywał jedynie obraz salonu zanurzonego w szarości i obraz Dominica, pokrywającego moje ciało brązowym kocem.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz