Znudziło mnie uprzednie wydzwanianie do mojego brata, który nie raczył chociażby wysłać mi głupiego smsa z informacją, co tak ważnego stoi na przeszkodzie odebrania mojego połączenia.
Założyłam na nos ciemne okulary i za pomocą pilota zatrzasnęłam drzwi samochodu. Od razu udałam się w stronę garażu, bo byłam pewna, że właśnie tam znajduje się poszukiwana przeze mnie osoba. Brian cały czas, wręcz z obsesją, przyglądał się monotonnej pracy Dominica, który żył z naprawy zepsutych samochodów.
Cóż, przynajmniej taka była wersja oficjalna.
Tylko nieliczni wiedzieli o ciemnej stronie, która kryła szybkie samochody, nielegalne wyścigi i pościgi policyjne. Wszyscy z ich grona byli w to zamieszani. Każdy, którego Dominic nazywał "rodziną" - jego siostra Mia, dziewczyna Letty, Tej, Rom, Han i od jakiegoś czasu, mój starszy braciszek, Brian.
Nim zdążyłam dotrzeć do drzwi ogrodowych, przez otwarte okno krzyknęła do mnie Mia.
- Hej, Victoria! Szukasz Briana?
Nie mogłam uwierzyć, że na nią wpadłam.
- W innym przypadku raczej by mnie tutaj nie było. - posłałam jej sarkastyczny uśmieszek, ale ona kompletnie go zignorowała. Skinieniem ręki nakazała mi wejście do domu, na co, niechętnie, musiałam się zgodzić.
W domu Torretów nie bywałam często, także bardzo zdziwił mnie brak jakiejkolwiek zmiany. Wszystko było takie samo, jak sprzed sześciu miesięcy, kiedy ostatni raz tutaj byłam. To sprawiło, że każde wspomnienie wróciło, w dodatku ze zdwojoną siłą.
- Leć do nich, idź jej szukać, przecież tylko tego pragniesz!
- Uspokój się.
Jego pieprzone opanowanie coraz bardziej wytrącało mnie z równowagi. Byliśmy kompletnymi przeciwieństwami, także to od samego początku skazane było na niepowodzenie. On, spokojny, opanowany, zawsze znajdujący wyjście z każdej, chociażby najtrudniejszej sytuacji i ja, roztrzepana, hałaśliwa, wybuchowa i zagubiona we własnym życiu.
- Jak mam się uspokoić, skoro wiem, do czego to wszystko zmierza?!
Wymachiwałam rękoma na wszystkie strony, strącając niefortunnie wazon z białymi różami, które jeszcze wczoraj od niego dostałam. Huk rozbijającego się szkła zniósł gwarę w pomieszczeniu obok, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się nam przeszkodzić.
Dominic podszedłszy do mnie, złapał moje nadgarstki, zmykając je w żelaznym uścisku. Wiedziałam, że jakiekolwiek szarpaniny nie będą miały sensu. Ten koleś miał przynajmniej półtora metra w klatce. Ruch, jaki wykonałyby moje wiotkie mięśnie, nie zostałby nawet przez niego zauważony.
- Przestań.
- Widziałam jak rozmawiałeś z Hobbsem, słyszałam, jak zgodziłeś się pomóc glinom w zamian za informację o Letty.
- To część naszej rodziny.
- I twoja żona.
Ktoś z pokoju obok, najpewniej Mia, stłukła niezidentyfikowany przez nas szklany przedmiot. Nikt nie wiedział, że kilka dni przed wypadkiem Letica i Dominic wzięli ślub. Po tym wszystkim, co się później wydarzyło, nie miało to już żadnego znaczenia, ale teraz sytuacja uległa drastycznej zmianie. Ona żyła, a to przekreślało mój związek z Dominiciem.
Wiedziałam, że ją kocha. Dobrze pamiętałam ich głęboką relację sprzed niespodziewanego odejścia Letty, kiedy Toretto był dla mnie jedynie irytującym przyjacielem starszego brata.
I pewnie to najmocniej bolało. To, że kochałam go z całych sił i wcale nie chciałam zostawiać. Był kimś, komu oddałam całą siebie, osobą, na której opierałam swoje codzienne funkcjonowanie. No bo jak teraz przestać odwiedzać Mie, grzebać przy zepsutych samochodach z Brianem czy odmawiać modlitwę z nimi wszystkimi? No i najważniejsze. Jak nauczyć się żyć bez kogoś, kto spełnia w twoim życiu rolę powietrza?
Puścił mnie, a jego ciemne tęczówki nie spuszczały wzroku z moich. Chciałam być twarda, pokazać mu, że nie jestem słaba, ale wiedziałam, że jeżeli zaraz nie wyjdę, rozpłaczę się pośrodku tego cholernego holu.
Wyminęłam go i wyszłam z domu. Nie próbował mnie już nawet zatrzymywać.
- Co z rodziną? - usłyszałam jego cichy głos, a po moich policzkach stoczyły się pierwsze łzy.
- Ona była z wami dłużej. Zachowujcie się, jakby nigdy mnie tutaj nie było.
- Hej, Victoria, wszystko dobrze?
- Tak. - otrząsnęłam się z transu - Gdzie jest Brian? Muszę z nim porozmawiać a kretyn nie odbiera moich telefonów.
Skrzywiła się, kiedy obraźliwe słowo wypłynęło z moich ust. W końcu była z Brianem, niezręcznie rozmawiać z kimś, kto obrażał twojego faceta.
- Przygotowuje grilla z Tomem, Tajem i Domem. Nie muszę mówić ci, gdzie dokładnie.
Mia wiedziała, dlaczego byłam tak bardzo opryskliwa. Odejście to bolesne przeżycie a świadomość, że w niedalekiej okolicy kręci się Letty doprowadzało mnie do szału.
- Zawołaj go. Proszę. Nie mów, że przyszłam.
- Nie możesz wiecznie przed nim uciekać.
- Jestem tutaj przez cholernie niefortunny los. Wcale nie przyjechałam z własnej woli.
Mia jedynie głośno westchnęła i ruszyła w kierunku okna wychodzącego na ogród. Zawołała Briana, nie odpowiadając na jego pytania, po czym wyminęła mnie w drzwiach i ruszyła na górę.
Chwilę później w pomieszczeniu pojawił się mój brat, którego widok młodszej siostry niebywale zaskoczył.
- Victoria?
- Zachowujesz się, jakbyś widział mnie pierwszy raz w życiu.
- Cóż, tak się trochę czuję.
- Ojciec jest ciekaw, kiedy w końcu zajrzysz do domu. Jak wiesz, źle znosi nasze wybryki. - kompletnie zignorowałam jego ironiczną wypowiedź. Nie miałam ochoty się w to bawić. Musiałam jak najszybciej stamtąd zniknąć.
- Mam tutaj kobietę i dziecko, nie oczekuj, że będę się często pojawiał.
- Ja tego nie oczekuję.
- I tylko po to tutaj przyjechałaś?
- Nie miałam ochoty na kolejne kłótnie z moim żywicielem, co mogłoby skutkować ewentualnym wylądowaniem na bruku. Wiem, że jest lato, ale jednak nocą trochę chłodzi.
Brian nie zdążył odpowiedzieć, kiedy drzwi ogrodowe otworzyły się i stanął w nich nie nikt inny jak właściciel domu.
Dominic zmierzył mnie swoim czujnym spojrzeniem, a ja od razu spuściłam głowę, nie mogąc tego znieść.
Już chciałam zerwać się do wyjścia, kiedy niespodziewanie zabrał głos.
- Pojawisz się na dzisiejszym wyścigu?
- A czy kiedykolwiek jakiś opuściłam?
- Lepiej, żebyś się nie pojawiła. Szkoda twojego samochodu.
- Nie masz ze mną najmniejszych szans, Toretto. - odparłam oschle, udając się w stronę drzwi i opuszczają mocno przytłaczającą posesję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz