Dzisiaj na szczęście tak się nie stało. Usiadłam na kanapie, przetarłam twarz dłonią i zerknęłam w stronę kuchni, w której skupione było całe życie domu. Przeciągnęłam się, ułożyłam ręką potargane włosy i wyszłam na dwór, aby zapalić. To była pierwsza rzecz, jaką robiłam zaraz po przebudzeniu. Ewidentnie się od nich uzależniłam. To stało się zaraz po moim zerwaniu z Domem. Papierosy na początku koiły moje nerwy, a teraz stały się rutyną.
- Myślałem, że pojechałaś. - usłyszałam ulgę w głosie Briana - Od kiedy ty palisz?
- Od kilku miesięcy.
- Mia zrobiła ci kawę, czekamy w kuchni. - szybko skończył temat i wrócił do domu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam tam wracać. Czułam się trochę nieswojo, jakbym tam nie pasowała, chociaż jeszcze rok temu było to miejsce, z którego nie zamierzałam nigdy odchodzić.
Weszłam do domu, od razu kierując się w stronę kuchni. Nawet nie wiecie jak bardzo się ucieszyłam, kiedy w pomieszczeniu zastałam tylko Mię z małym.
- Hej Jack. - mały dopiero co nauczył się sam siedzieć. Uśmiechnęłam się do niego, a on odpowiedział mi tym samym. - Gdzie jest reszta, Mia?
- Wszyscy są w garażu. Chyba przygotowują samochody.
Kiwnęłam głową, biorąc do ręki kubek z gorącą kawą.
- Wiesz coś jeszcze na temat skoku? Za wyjątkiem mojego udziału.
- Dobrze wiesz, że nie mówią mi za wiele. Boją się, że nie puszczę Briana.
- Trochę cię rozumiem. Też panikowałam, kiedy Dom brał udział w jakimkolwiek wyścigu. Wiesz, niby wiedziałam, że jest świetnym kierowcą, ale mimo wszystko jakaś tam obawa była.
- Czyli już teraz się o niego nie martwisz?
- To już stara sprawa.
- Widzę, że wszystko wraca na swoje miejsce. - usłyszałam gdzieś z boku głos Briana - Już tylko czekać, aż znowu się do nas wprowadzisz.
- Mówiłam ci, że to jednorazowa akcja.
Spojrzał tylko na mnie z tym swoim uśmieszkiem i miną mówiącą "ta, jasne, jeszcze zobaczymy" i podszedł do lodówki, z której wyciągnął skrzydełka i kiełbasę.
- Grill? O tej porze?
Kiwnęłam głową, biorąc do ręki kubek z gorącą kawą.
- Wiesz coś jeszcze na temat skoku? Za wyjątkiem mojego udziału.
- Dobrze wiesz, że nie mówią mi za wiele. Boją się, że nie puszczę Briana.
- Trochę cię rozumiem. Też panikowałam, kiedy Dom brał udział w jakimkolwiek wyścigu. Wiesz, niby wiedziałam, że jest świetnym kierowcą, ale mimo wszystko jakaś tam obawa była.
- Czyli już teraz się o niego nie martwisz?
- To już stara sprawa.
- Widzę, że wszystko wraca na swoje miejsce. - usłyszałam gdzieś z boku głos Briana - Już tylko czekać, aż znowu się do nas wprowadzisz.
- Mówiłam ci, że to jednorazowa akcja.
Spojrzał tylko na mnie z tym swoim uśmieszkiem i miną mówiącą "ta, jasne, jeszcze zobaczymy" i podszedł do lodówki, z której wyciągnął skrzydełka i kiełbasę.
- Grill? O tej porze?
- Reszta chce odreagować. Tej z Romem pojechali po napoje, Dom rozpala grilla. Wy zostałyście przydzielone do sekcji gastronomicznej - położył przede mną kilo kiełbasy - powodzenia.
Wyszedł z pomieszczenia zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować. Spojrzałam zdezorientowana na Mię, która już chciała zabrać sprzede mnie mięso, kiedy zatrzymałam jej poczynania podniesieniem dłoni.
- Dobra, daj nóż. Skoro jestem tu ostatni raz, mogę coś dla niego zrobić.
Kiedy byłam już w połowie przygotowywań, zadzwonił mój telefon a na telefonie pojawiło się imię mojej przyjaciółki.
- Sarah?
- Hej! Dzwonię, żeby upewnić się, że pamiętasz o moim dzisiejszym przyjęciu urodzinowym?
- Jasne, pamiętam. - oczywiście, że zapomniałam - Możesz mi przypomnieć, kiedy i o której godzinie?
- W klubie mojego ojca o dwudziestej.
- Będę. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i spojrzałam na zdezorientowaną Mię.
- Zapomniałam o urodzinach znajomej. Będę musiała was opuścić.
Kiwnęła głową, wracając do pracy. Nie miałam ochoty na żadne imprezy, ale obiecałam jej, że będę.
- Nie mam nawet w co się ubrać.
- Jeśli chcesz, to pożyczę ci coś swojego.
Poszłyśmy na górę do jej pokoju, a ona zaczęła obsypywać mnie gigantyczną ilością sukienek.
- Wolę coś czarnego. - jęknęłam, trzymając w ręce pastelową sukienkę w kwiaty.
Mia z żalem wyciągnęła z szafy czarną sukienkę z subtelnym wycięciem. Nie lubiła ciemnych rzeczy.
- Będzie idealna. - szepnęłam, szybko ją przytulając, po czym pobiegłam do łazienki i zaczęłam przygotowywać się do imprezy. Miałam nadzieję, że to będzie idealny wieczór.
Siedziałem z pozostałymi, kiedy niespodziewanie zadzwonił mój telefon, a na ekranie wyświetliło się imię Victorii. Nie wysyłała mi wiadomości od wielu miesięcy, co tu dopiero mówić o telefonowaniu. Wziąłem aparat w dłoń i odszedłem kawałek, chcąc otrzymać choć odrobinę prywatności.
- Victoria? - byłem szczerze zdziwiony. Może zepsuł jej się samochód?
- Dooom - usłyszałem jej głos, a raczej bełkot, mocno przygłuszony głośną muzyką - Dzwonię żeby podziękoować za nocleg.
- Nie masz za co dziękować.
Usłyszałem jej chichot. Muzyka trochę przycichła. Najpewniej wyszła z klubu.
- Szkoda, że nam nie wyszło, Dom. Moglibyśmy być świetną parą. Kupilibyśmy sobie psa, czy tam kota, ja wolę psy, są przyjazne nie to co te niewdzięczne sierściuchy.
- Vicki, gdzie jesteś? - zapytałem zaniepokojony. Była naprawdę mocno pijana, a to rzadko się zdarzało w jej przypadku. Wiedziała przecież, że ma słabą głowę.
- W klubie, przy Hill Street.
- Czekaj, zaraz tam będę.
Nie odpowiadając na pytania reszty, zabrałem z krzesła kurtkę i ruszyłem w stronę samochodu. Bałem się o nią. Może ktoś celowo ją upił i wyprowadził z klubu?
Bardzo szybko znalazłem się pod wyznaczonym adresem. Wyszedłem z samochodu, poszukując w tłumie Victorii, ale zgraja pijanych nastolatków bardzo mi to utrudniała.
W końcu ją dostrzegłem. Siedziała sama na krawężniku obok kosza na śmieci. Wyglądała naprawdę żałośnie w ubrudzonej sukience, wpadająca w krzaki, na których się oparła.
- Panno O'Conner.
Spojrzała na mnie mocno zamglonym wzrokiem, a po chwili na jej twarz wkradł się delikatny uśmiech. Zaraz jednak bardzo spoważniała.
- Ja nie chciałam się tak upić, przysięgam. Ktoś robił mi zbyt mocne drinki. I tak, wiem, to moja wina.
- Przecież nic nie powiedziałem.
- Ale chciałeś. Znam cię. - złapała się za ramiona, mocno pocierając o nie ręce. Dopiero wtedy zauważyłem, że nie ma na sobie żadnego okrycia. Zdjąłem swoją skórzaną kurtkę, którą zarzuciłem na jej ramiona.
Myślałem, że było jej zimno, ale ona ciągle szukała swojej kurtki. Po chwili wyciągnęła ją zza kosza, poszperała w kieszeniach i wyjęła paczkę papierosów. Odpaliła jednego i przyłożyła go do ust, ale już po wzięciu pierwszego bucha wyrwałem jej go z ręki i wraz z całą paczką rzuciłem przed siebie.
- Dom!
- Nie pal tego cholerstwa.
- Jestem dorosła. Mogę robić co chcę.
Oparła się o żywopłot, który pod jej ciężarem zaczął się zapadać, a brunetka wraz z nim.
Przez chwilą rozmyślałem nad kilkoma wariantami przetransportowania jej do samochodu. Podniosłem ją do pionu, ale szybko zaczęła spadać na dół, więc najrozsądniejszym wyjściem okazało się wzięcie jej na ręce.
- Wyglądasz teraz jak bohater. - wybełkotała w moje ramie - a ja właściwie wyglądam jak nic. Posadziłem ją na miejscu dla pasażera i sam zająłem miejsce kierowcy.
- Mów, gdyby coś było nie tak.
Kiwnęła twierdząco głową, więc odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku domu. Specjalnie nie wjechałem do garażu tylko zaparkowałem przed domem. Nie będę jej dodatkowo kompromitował.
- Wytrzeźwiałaś trochę? - zaśmiałem się, otworzywszy drzwi samochodu.
Kiedy nie odpowiedziała, nachyliłem się nad nią i dopiero wtedy dostrzegłem, że zasnęła.
Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w kierunku domu. Była tak lekka, że wręcz nie odczuwałem jej ciężaru.
Na początku chciałem położyć ją w salonie, ale przypomniałem sobie o bardzo niewygodnej kanapie. Jutro zabije ją niezły kac, niech chociaż łóżko dostanie dobre.
Wniosłem ją do mojego pokoju i położyłem na łóżku. Zdjąłem ubrudzoną sukienkę i przykryłem kołdrą. Mamrotała coś pod nosem, ale nie zdołałem usłyszeć o czym dokładnie mówiła.
Wyciągnąłem z szafy stary materac, rozłożyłem go na podłodze pod oknem i zacząłem przeglądać dokumenty od Hobssa. Po jakichś może piętnastu minutach brunetka zaczęła rzucać się po łóżku i szybciej oddychać. Stanąłem nad nią, zaniepokojony jej nagłą zmianą.
- Vici?
- Ja niczego nie wiem. Pomyliliście mnie z kimś innym. - wyrzucała z siebie, a ja czułem się coraz bardziej zdezorientowany. Brian nie mówił, że wpadła w kłopoty. Chyba, że sam o niczym nie wiedział.
- Victoria, obudź się.
Otworzyła oczy, a jej oddech powoli się wyrównywał. Odniosłem jednak wrażenie, że ciągle była nieobecna. Złapała instynktownie moją rękę, jakby chciała sprawdzić, czy aby na pewno to nie był sen.
- Nie ma ich tutaj?
- Kogo?
- Ich. - jęknęła cicho, ponownie zamykając oczy.
- Spokojnie, jesteś tu bezpieczna. - po chwili ponownie zasnęła, na szczęście nie wracając już do potwornego koszmaru. Patrzyłem jeszcze przez chwilę i sprawdzałem, czy aby na pewno wszystko było w porządku.
Co się stało? Dlaczego my, a w szczególności Brian, o niczym nie wiedzieliśmy? Zapytam ją o to w niedalekiej przyszłości. Musi mi powiedzieć, co się wydarzyło i czy nie ma to związku z naszą paczką.
~*~
Nigdy w życiu nie czułam takiej suchości w ustach. Wysuszony do cna piasek na Saharze to nic w porównaniu z tym, przez co ja przechodziłam. Skuliłam się w kłębek, kiedy w mojej głowie zaczęły pracować głośne łomy. Nigdy w życiu nie miałam takiego kaca.
- Główka boli?
Spojrzałam przerażona na podłogę i ujrzałam Doma, czytającego jakieś kartki. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że byłam w jego pokoju!
- Co? - wyrzuciłam nieświadomie, próbując nadaremno przypomnieć sobie wydarzenia z poprzedniej nocy.
- Zadzwoniłaś do mnie, narąbana jak ruskie działo. - spojrzał na mnie przelotnie - Pojechałem cię pozbierać spod klubu.
Byłam tak cholernie zażenowana. Jeszcze sam fakt spania w jego pokoju i ciągania go nocą po Los Angeles bo szanowna Victoria O'Conner nie potrafi pić, były mocno przytłaczające.
- Czy my? - cała krew odpłynęła z mojej twarzy. - No wiesz, czy...
- Nie. Nie jestem nekrofilem. Wolę, kiedy dziewczyna pamięta spędzoną ze mną noc. - Odetchnęłam z ulgą, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Dlaczego właściwie nie zostawiłeś mnie na dole?
- Łatwiej mi było ułożyć twoje zwłoki na prostym materacu.
Zirytowana chciałam iść do łazienki, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem w samej bieliźnie.
- Chcesz mi powiedzieć, że jeszcze mnie rozbierałeś?!
- Ubrudziłaś sobie całą sukienkę. Zresztą, nie było pod nią niczego, czego wcześniej nie widziałem.
Zażenowanie i gniew rosły wraz ze słowami Dominica. Miałam ochotę go rozszarpać za te jego głupie docinki. Wiedziałam, że była to swego rodzaju reprymenda za wczoraj, ale, na litość boską, niech to wszystko już się skończy! Obudzenie się w jego pokoju było wystarczającym prawym sierpowym w twarz.
- Daj mi moją sukienkę. - warknęłam, stając na kolanach na łóżku, owinięta jedynie cienkim prześcieradłem.
W tym samym momencie drzwi do pokoju otworzyły się i stanęli w nich Mia z Romem.
- Dominic, dzwonił Hobbs i - zacięła się, spoglądając to na mnie to na Toretto.
To musiało wyglądać dwuznacznie. Materac Doma niedostępny dla oczu, bo ustawiony po drugiej stronie pokoju, on, ubrany tylko w dresowe spodnie, ja, z wyciągniętą ku niemu ręką, w samej bieliźnie, owinięta cienką pościelą - kto normalny by uwierzył, że to przez czysty przypadek obudziłam się prawie naga w sypialni mojego byłego faceta? I na koniec gwizdanie Roma i jego głupie uśmieszki.
- Nie chcieliśmy wam przeszkadzać, ale nie wiedzieliśmy, że ... - Mia nie potrafiła ubrać myśli w słowa. Czarnoskóremu w sumie też to nie wychodziło, ale jego hamowały napady niekontrolowanego śmiechu. - My, porozmawiamy przy śniadaniu.
Trzasnęła białymi drzwiami, a ja wiedziałam, że już wszystko stracone. Całe te aluzje, mówienie, że Dom już nic dla mnie nie znaczy, że nie zamierzamy do siebie wrócić - wszystko w ich oczach prysnęło niczym bańka mydlana.
- I oni będą wmawiać człowiekowi, że do siebie nie wrócili! - usłyszałam jeszcze głos Roma za drzwiami.
Opadłam zrezygnowana na poduszki, wciągając głośno powietrze. Myślałam, że zaraz eksploduje od środka. Nie dość, że niemiłosiernie bolała mnie głowa, to jeszcze to wszystko...
Wyszedł z pomieszczenia zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować. Spojrzałam zdezorientowana na Mię, która już chciała zabrać sprzede mnie mięso, kiedy zatrzymałam jej poczynania podniesieniem dłoni.
- Dobra, daj nóż. Skoro jestem tu ostatni raz, mogę coś dla niego zrobić.
Kiedy byłam już w połowie przygotowywań, zadzwonił mój telefon a na telefonie pojawiło się imię mojej przyjaciółki.
- Sarah?
- Hej! Dzwonię, żeby upewnić się, że pamiętasz o moim dzisiejszym przyjęciu urodzinowym?
- Jasne, pamiętam. - oczywiście, że zapomniałam - Możesz mi przypomnieć, kiedy i o której godzinie?
- W klubie mojego ojca o dwudziestej.
- Będę. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i spojrzałam na zdezorientowaną Mię.
- Zapomniałam o urodzinach znajomej. Będę musiała was opuścić.
Kiwnęła głową, wracając do pracy. Nie miałam ochoty na żadne imprezy, ale obiecałam jej, że będę.
- Nie mam nawet w co się ubrać.
- Jeśli chcesz, to pożyczę ci coś swojego.
Poszłyśmy na górę do jej pokoju, a ona zaczęła obsypywać mnie gigantyczną ilością sukienek.
- Wolę coś czarnego. - jęknęłam, trzymając w ręce pastelową sukienkę w kwiaty.
Mia z żalem wyciągnęła z szafy czarną sukienkę z subtelnym wycięciem. Nie lubiła ciemnych rzeczy.
- Będzie idealna. - szepnęłam, szybko ją przytulając, po czym pobiegłam do łazienki i zaczęłam przygotowywać się do imprezy. Miałam nadzieję, że to będzie idealny wieczór.
~*~
- Victoria? - byłem szczerze zdziwiony. Może zepsuł jej się samochód?
- Dooom - usłyszałem jej głos, a raczej bełkot, mocno przygłuszony głośną muzyką - Dzwonię żeby podziękoować za nocleg.
- Nie masz za co dziękować.
Usłyszałem jej chichot. Muzyka trochę przycichła. Najpewniej wyszła z klubu.
- Szkoda, że nam nie wyszło, Dom. Moglibyśmy być świetną parą. Kupilibyśmy sobie psa, czy tam kota, ja wolę psy, są przyjazne nie to co te niewdzięczne sierściuchy.
- Vicki, gdzie jesteś? - zapytałem zaniepokojony. Była naprawdę mocno pijana, a to rzadko się zdarzało w jej przypadku. Wiedziała przecież, że ma słabą głowę.
- W klubie, przy Hill Street.
- Czekaj, zaraz tam będę.
Nie odpowiadając na pytania reszty, zabrałem z krzesła kurtkę i ruszyłem w stronę samochodu. Bałem się o nią. Może ktoś celowo ją upił i wyprowadził z klubu?
Bardzo szybko znalazłem się pod wyznaczonym adresem. Wyszedłem z samochodu, poszukując w tłumie Victorii, ale zgraja pijanych nastolatków bardzo mi to utrudniała.
W końcu ją dostrzegłem. Siedziała sama na krawężniku obok kosza na śmieci. Wyglądała naprawdę żałośnie w ubrudzonej sukience, wpadająca w krzaki, na których się oparła.
- Panno O'Conner.
Spojrzała na mnie mocno zamglonym wzrokiem, a po chwili na jej twarz wkradł się delikatny uśmiech. Zaraz jednak bardzo spoważniała.
- Ja nie chciałam się tak upić, przysięgam. Ktoś robił mi zbyt mocne drinki. I tak, wiem, to moja wina.
- Przecież nic nie powiedziałem.
- Ale chciałeś. Znam cię. - złapała się za ramiona, mocno pocierając o nie ręce. Dopiero wtedy zauważyłem, że nie ma na sobie żadnego okrycia. Zdjąłem swoją skórzaną kurtkę, którą zarzuciłem na jej ramiona.
Myślałem, że było jej zimno, ale ona ciągle szukała swojej kurtki. Po chwili wyciągnęła ją zza kosza, poszperała w kieszeniach i wyjęła paczkę papierosów. Odpaliła jednego i przyłożyła go do ust, ale już po wzięciu pierwszego bucha wyrwałem jej go z ręki i wraz z całą paczką rzuciłem przed siebie.
- Dom!
- Nie pal tego cholerstwa.
- Jestem dorosła. Mogę robić co chcę.
Oparła się o żywopłot, który pod jej ciężarem zaczął się zapadać, a brunetka wraz z nim.
Przez chwilą rozmyślałem nad kilkoma wariantami przetransportowania jej do samochodu. Podniosłem ją do pionu, ale szybko zaczęła spadać na dół, więc najrozsądniejszym wyjściem okazało się wzięcie jej na ręce.
- Wyglądasz teraz jak bohater. - wybełkotała w moje ramie - a ja właściwie wyglądam jak nic. Posadziłem ją na miejscu dla pasażera i sam zająłem miejsce kierowcy.
- Mów, gdyby coś było nie tak.
Kiwnęła twierdząco głową, więc odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku domu. Specjalnie nie wjechałem do garażu tylko zaparkowałem przed domem. Nie będę jej dodatkowo kompromitował.
- Wytrzeźwiałaś trochę? - zaśmiałem się, otworzywszy drzwi samochodu.
Kiedy nie odpowiedziała, nachyliłem się nad nią i dopiero wtedy dostrzegłem, że zasnęła.
Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w kierunku domu. Była tak lekka, że wręcz nie odczuwałem jej ciężaru.
Na początku chciałem położyć ją w salonie, ale przypomniałem sobie o bardzo niewygodnej kanapie. Jutro zabije ją niezły kac, niech chociaż łóżko dostanie dobre.
Wniosłem ją do mojego pokoju i położyłem na łóżku. Zdjąłem ubrudzoną sukienkę i przykryłem kołdrą. Mamrotała coś pod nosem, ale nie zdołałem usłyszeć o czym dokładnie mówiła.
Wyciągnąłem z szafy stary materac, rozłożyłem go na podłodze pod oknem i zacząłem przeglądać dokumenty od Hobssa. Po jakichś może piętnastu minutach brunetka zaczęła rzucać się po łóżku i szybciej oddychać. Stanąłem nad nią, zaniepokojony jej nagłą zmianą.
- Vici?
- Ja niczego nie wiem. Pomyliliście mnie z kimś innym. - wyrzucała z siebie, a ja czułem się coraz bardziej zdezorientowany. Brian nie mówił, że wpadła w kłopoty. Chyba, że sam o niczym nie wiedział.
- Victoria, obudź się.
Otworzyła oczy, a jej oddech powoli się wyrównywał. Odniosłem jednak wrażenie, że ciągle była nieobecna. Złapała instynktownie moją rękę, jakby chciała sprawdzić, czy aby na pewno to nie był sen.
- Nie ma ich tutaj?
- Kogo?
- Ich. - jęknęła cicho, ponownie zamykając oczy.
- Spokojnie, jesteś tu bezpieczna. - po chwili ponownie zasnęła, na szczęście nie wracając już do potwornego koszmaru. Patrzyłem jeszcze przez chwilę i sprawdzałem, czy aby na pewno wszystko było w porządku.
Co się stało? Dlaczego my, a w szczególności Brian, o niczym nie wiedzieliśmy? Zapytam ją o to w niedalekiej przyszłości. Musi mi powiedzieć, co się wydarzyło i czy nie ma to związku z naszą paczką.
~*~
Nigdy w życiu nie czułam takiej suchości w ustach. Wysuszony do cna piasek na Saharze to nic w porównaniu z tym, przez co ja przechodziłam. Skuliłam się w kłębek, kiedy w mojej głowie zaczęły pracować głośne łomy. Nigdy w życiu nie miałam takiego kaca.
- Główka boli?
Spojrzałam przerażona na podłogę i ujrzałam Doma, czytającego jakieś kartki. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że byłam w jego pokoju!
- Co? - wyrzuciłam nieświadomie, próbując nadaremno przypomnieć sobie wydarzenia z poprzedniej nocy.
- Zadzwoniłaś do mnie, narąbana jak ruskie działo. - spojrzał na mnie przelotnie - Pojechałem cię pozbierać spod klubu.
Byłam tak cholernie zażenowana. Jeszcze sam fakt spania w jego pokoju i ciągania go nocą po Los Angeles bo szanowna Victoria O'Conner nie potrafi pić, były mocno przytłaczające.
- Czy my? - cała krew odpłynęła z mojej twarzy. - No wiesz, czy...
- Nie. Nie jestem nekrofilem. Wolę, kiedy dziewczyna pamięta spędzoną ze mną noc. - Odetchnęłam z ulgą, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Dlaczego właściwie nie zostawiłeś mnie na dole?
- Łatwiej mi było ułożyć twoje zwłoki na prostym materacu.
Zirytowana chciałam iść do łazienki, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem w samej bieliźnie.
- Chcesz mi powiedzieć, że jeszcze mnie rozbierałeś?!
- Ubrudziłaś sobie całą sukienkę. Zresztą, nie było pod nią niczego, czego wcześniej nie widziałem.
Zażenowanie i gniew rosły wraz ze słowami Dominica. Miałam ochotę go rozszarpać za te jego głupie docinki. Wiedziałam, że była to swego rodzaju reprymenda za wczoraj, ale, na litość boską, niech to wszystko już się skończy! Obudzenie się w jego pokoju było wystarczającym prawym sierpowym w twarz.
- Daj mi moją sukienkę. - warknęłam, stając na kolanach na łóżku, owinięta jedynie cienkim prześcieradłem.
W tym samym momencie drzwi do pokoju otworzyły się i stanęli w nich Mia z Romem.
- Dominic, dzwonił Hobbs i - zacięła się, spoglądając to na mnie to na Toretto.
To musiało wyglądać dwuznacznie. Materac Doma niedostępny dla oczu, bo ustawiony po drugiej stronie pokoju, on, ubrany tylko w dresowe spodnie, ja, z wyciągniętą ku niemu ręką, w samej bieliźnie, owinięta cienką pościelą - kto normalny by uwierzył, że to przez czysty przypadek obudziłam się prawie naga w sypialni mojego byłego faceta? I na koniec gwizdanie Roma i jego głupie uśmieszki.
- Nie chcieliśmy wam przeszkadzać, ale nie wiedzieliśmy, że ... - Mia nie potrafiła ubrać myśli w słowa. Czarnoskóremu w sumie też to nie wychodziło, ale jego hamowały napady niekontrolowanego śmiechu. - My, porozmawiamy przy śniadaniu.
Trzasnęła białymi drzwiami, a ja wiedziałam, że już wszystko stracone. Całe te aluzje, mówienie, że Dom już nic dla mnie nie znaczy, że nie zamierzamy do siebie wrócić - wszystko w ich oczach prysnęło niczym bańka mydlana.
- I oni będą wmawiać człowiekowi, że do siebie nie wrócili! - usłyszałam jeszcze głos Roma za drzwiami.
Opadłam zrezygnowana na poduszki, wciągając głośno powietrze. Myślałam, że zaraz eksploduje od środka. Nie dość, że niemiłosiernie bolała mnie głowa, to jeszcze to wszystko...

I Like It :-D
OdpowiedzUsuńna prawdę.
dodaj takie coś jak obserwatorzy to będzie wtedy po prostu cudo ;-D
OdpowiedzUsuń